POV Lilli
Rano gdy się obudziłam Jus nadal spał. Więc wstałam po cichu
i zobaczyłam że mały jeszcze śpi. Wzięłam
czarną bokserkę ,koszulę w kratkę
na długi rękaw i leginsy czarne .Weszłam do łazienki wzięłam prysznic i
ubrałam się w ubrania które przyszykowałam. Puźniej uczesałam się i pomalowałam
. Gotowa wyszłam z łazienki i spojrzałam czy Milosz się nie obudziła. Już nie spał więc wzięłam go na ręce i
poszłam z nim do jego pokoju. Położyłam go na przewijaku rozebrałam , przebrałam
pampersa i założyłam suchego i
czystego. Puźniej założyłam mu body
szare i skarpetki wzięłam małego na ręce
i wyszłam z nim na dół ale po drodze napotkałam jeszcze dwójkę moich dzieci
więc zeszliśmy na dół małego włożyłam do wózka który był na dole. Nawet go nie
przykrywałam bo nie chcę by było mu za ciepło. A w domu tak i tak jest ciepło.
Dzieciakom zrobiłam płatki i w tym
momencie mały zaczął strasznie płakać. Czas na karmienie . Więc wyjęłam go z
wózka usiadłam przy stole wyjęłam pierś i zaczęłam go karmić. W tym czasie na
dół zszedł Scooter. Tak spał u nas bo
strasznie się zasiedzieliśmy .
-Hej jak się spało?
-O hej a nawet dobrze. Ty już na nogach?
-Jak widać obowiązki wzywają.-na to zaśmiał się .
-Widać . Zrobić ci coś do picia?
-Jeśli możesz to cappuccino.
-Już się robi. A jak
Justin?
-Dobrze. W nocy się nie budził. Zobaczymy dziś jak wstanie.
-Jasne. Dam mu dwa tygodnie wolnego niech dojdzie do siebie.
Po tym wszystkim. A ty? Jak się trzymasz?!
-Jest ciężko. Owszem. Ale … myślę że ta śmierć … to nie jest
jakiś przypadek. Prawdopodobnie tak miało być. Wczoraj czytałam lisy które
dostałam. Natrafiłam tam na list od niejakiej Amandy która miała taką samą
sytuację. I to był znak od boga że tak
musiało być. Później znowu zaszła w ciąże
i …-opowiedziałam mu cała historię którą przeczytała wczoraj. Był zszokowany moimi słowami i niedowierzał
mi w to co mówię.
-Łał , ta kobieta ma rację nie można się poddawać trzeba iść na przód.
-Stwierdziłam to samo.
-Mamo my juź zjedliśmy możemy iść się pźeblać?-pokiwałam
głową na tak i dzieciaki poszły na górę. Za chwilę na dół zszedł Jus. Był
smutny. Jezu on bardziej przeżywa to niż ja. Tak nie powinno być. Położyłam
małego do wózka bo już się najadł i zasnął. Jus krzątał się po kuchnie nie
wiedząc co ma zrobić do jedzenia i do picia. Wstałam podeszłam do niego i
kazałam mu iść usiąść i że sama mu zrobię śniadanie. Ten posłusznie poszedł i u
siadł koło małego i swojego menagera.
Zrobiłam mu herbatę i
kanapki z pomidorem ,mozzarellą i sałatą. Gotowe śniadanie podałam Jusowi który
wpatrzył się w małego. Ja usiadłam jadłam i piłam . Gdy skończyliśmy jeść
śniadanie do kuchni przyszła reszta chłopaków z dziećmi. Też robili sobie
śniadanie . W tym czasie gdy chciałam coś powiedzieć zadzwonił mój telefon. Był to Tata więc
odebrałam szybko. I wyszłam na taras by mnie nikt nie słyszał.
(Lilli-L, Tata –T)
L-Hallo.
T-Córuś.. przykro mi . Przyjmijcie moje kondolencje. Powiedz mi ja się czujesz ?
L-Dziękuje tato. Ja czuję się dobrze ale … gorzej z Jusem i
dziećmi. Wczoraj pociął się. Dzieciaki
chodzą smutne bez życia. Nic ciekawego.
T-To dobrze. Ale mam
nadzieję że nic mu nie jest ?
L-Nie jest cały no oprócz jego nadgarstków .
T-Ważne że żyje. Skarbie mam
do ciebie małą prośbę?-jestem ciekawa jak to prośba. Nigdy tata nie miał do mnie żadnej
prośby.
L-Jaką tato?
T-Mógłbym zadzwonić
wieczorem i porozmawiać z Bellom i Tomkiem na Skaypie? Dawno ich nie wiedziałem
nie rozmawiałem z nimi. Tak samo z Maxem
i mógłby też porozmawiać z Jusem jeśli chcesz. Wiem co to znaczy stracić
dziecko.
L-Jasne tato . Czemu nie ,może to jest dobry pomysł, może
będzie lepiej.
T-Oczywiście że będzie. Skarbie ja kończę zadzwonię
wieczorem i w tedy porozmawiamy okej?
L-Jasne . To do usłyszenia.
T-No pa.
Gdy się rozłączył
weszłam do domu i poszłam do kuchni. Wszyscy siedzieli i nic nie robili. Byli
bez życia.
-Wstawajcie. Nie będziecie siedzieć i nic nie
robić.-Popatrzeli na mnie zdziwieni.
- Niby po co mamy wstać skoro tak i tak nic nie będziemy
robić?
-Idźcie się przebrać w dresy i na dół zaraz . Ale to już !!-wszyscy poszli
grzecznie na górę i zaraz zeszli przebrani w strój do ćwiczeń. Kazałam im wyjść na ogród bo będą ćwiczyć .
Jeśli nic nie będą robić złapią jeszcze większego doła. Była 9:30 a o 12:00
jest pogrzeb. Zdążą poćwiczyć ,wykąpać się ,ubrać i pojechać na pogrzeb.
-I co mamy robić co? Stać ja strach na wróble?!
-Nie głuptasie będziecie ćwiczyć bo nie mogę patrzeć na was.
Jesteście prawie nie żywi . Nie mogę patrzeć jak się męczycie, chcę wam
oczyścić mózgi i wywietrzyć was bo
ciągle siedzicie w tym czterech ścianach. Wyglądacie gorzej niż ja . A to nie
powinno być tak. Zamiast ja was to wy mnie powinniście stawiać do pionu.
Załamaliście się bardziej niż ja. Nie ma czasu ruszać się. Biegacie 10 kółek wokół całej posiadłości. –zrobili wielkie oczy i
zabrali się za bieganie. Scooter oczywiście siedział ze mną. Bella i Tomek też
biegali ale nie wokół domu tylko wariowali
na placu zabaw. Powoli wracają do żywych.
Gdy skończyli
biegać i robić różne rzeczy takie jak na siłowni . Poszli się wykąpać. Ja
umyłam dzieciaki i ubrałem małego w
czarną koszulę u spodnie. Na koszulę
założyłam chciałam założyć mu jeszcze sweterek ale było ciepło więc stwierdzam
że nie ale wezmę go ze sobą. Małą ubrałam w czarną sukienkę i włoski spięłam
jej w warkocza i na samym końcu miał czarną kokardkę. Ja wzięłam prysznic i ubrałam się . Do tego buty ,pomalowałam się trochę mocno włosy rozczesałam i zostawiłam luźne. Gdy weszłam do sypialni Jus był ubrany w
i stał przy oknie smutny. Podeszłam do niego i przytuliłam się. Ten obrócił mnie do siebie przodem i przytulił. Puźniej oderwałam się od niego i popatrzałam mu w oczy.
-Justin…przestań robić to co robisz. Proszę cię.-ten
popatrzał na mnie.
-Ale mi to pomaga. Tobie też pomagało prawda?-kurwa nie
wiedziałam że on to odwróci w moją stronę.
-Kiedyś pomagało teraz mnie to rani. Przez to prawie
straciłam życie 4 razy. Proszę cię…nie chcę byś odszedł od nas.
-Nie odejdę , obiecuję.
-Chodźmy bo się spóźnimy. Aha i dziś będzie mój tato dzwonić
na Skaypie i chce porozmawiać z tobą, Maxem
i dziećmi.
-Kazanie będzie?
-Przekonasz się wieczorem. A teraz chodźmy. –Wyszliśmy z
pokoju Jus wziął dzieci i zapakował do samochodu ja zawołałam chłopaków a oni akurat schodzili na dół.
-Trzymajcie kluczyki do samochodu. –wszyscy wyszli z domu ja
zamknęłam drzwi na klucz weszłam do samochodu zapięłam pasy i Jus ruszył.
Na miejscu byliśmy
po niecałych 30 minutach jazdy samochodem. Bylibyśmy szybciej ale musieliśmy
się wrócić po coś. Pierw było ostatnie pożegnanie. Poszli wszyscy nawet Jus
. Jest mi źle z tego powodu że to on cierpi bardziej niż
ja. Ale Lucas zapewne by tego nie
chciał. Chciałby byśmy byli szczęśliwi. Puźniej była msza w kościele i było
mnóstwo ludzi niektórych znałam a niektórych nie . Zygi jeszcze nie było
.Podczas mszy cały czas płakałam i Justin. Gdy msza dobiegła końca wszyscy
poszliśmy na cmentarz . Jak wchodziliśmy zauważyłam wiele ludzi z mojego gangu
nawet Zyga i Dominic tam byli. Podeszliśmy
do nich i się przywitaliśmy. O dziwo nawet Justin co zawsze
zarzynał ich z daleka. Morze i ta śmierć miała ich ze sobą pogodzić?
Jeśli tak… to dobrze.
Gdy trumna małego była pochowana i zasypana piachem wszyscy
położyli tak wieńce i kwiaty. Było ich mnóstwo że się na nim nie mieściły. Gdy wszystko dobiegło końca zabieraliśmy się
do domu.
-Justin ..choć czekają na nas.-zwróciłam się do niego. On
dalej stał i płakał jakby stracił własną matkę. Obrócił się w moją stronę i
odpowiedział mi.
-Idź do samochodu zaraz przyjdę . –pocałowałam go ,otarłam
jego łzy i poszłam do samochodu. Po drodze natrafiłam jeszcze na Zygę i
Dominica.
-Hej. Przyjmij nasze kondolencje z powodu straty dziecka.
-Dziękuje. Zapraszam was na obiad.
-Nie, nie będziemy wam przeszkadzać. My nie jesteśmy rodziną
więc nie powinniśmy.
-Przestańcie . Za godzinę u nas w domu. Jeśli chcecie
możecie przyjechać nawet teraz z nami swoim samochodem.-popatrzeli się na
siebie i zastanawiali chwilę. Po namyśle odpowiedzieli.
-Skoro tak to pewnie. A… jak sobie radzicie ze stratą?
Zapewne jest wam ciężko?!
-Owszem jest ciężko ..ale jakoś sobie radzimy. No oprócz
Justina on to przeżywa bardziej niż ja. Nawet się zdziwiłam jak normalnie się z
wami przywitał.
-Ja też się zdziwiłem na to. Nawet stwierdziłem że on coś
wziął ale nic.
-Nawet tak kurwa nie mów że on coś wziął. Bo jeśli tak … to
będzie mi ciężko by on rzucił to świństwo po raz kolejny.
-Przepraszam.
-Nic się nie stało
ale więcej tak nie mów.-Staliśmy trak jeszcze chwilę a Jus dalej nie wracał.
- Kurwa nie no ja idę
do niego bo nie wiem co on może sobie zrobić. –oni popatrzeli na mnie
zdziwieni.
-Idziemy z tobą , jak co to pomożemy.-więc powiedziałam
Dawidowi że idziemy po Jusa bo już dłuższy czas nie wraca. Gdy szliśmy na
miejsce pochówku . Gdy tam dotarliśmy
nie mogłam uwierzyć w to co tam
zobaczyłam. Jus leżał na ziemi a w ręku trzymał żyletkę. Był przytomny wiedział
co się dzieje. Widział mnie i chłopaków.
Nie mogłam uwierzyć że on zrobił to po raz kolejny. Wzięłam jego nadgarstki
które były pocięte . Na szczęście nie trzeba jechać do szpitala. Chłopaki pomogli mu wstać i
poszliśmy z nim do samochodu chłopaków bo nie chcemy by dzieci widziały go w takim stanie. Gdy dotarliśmy widziałam
zmartwienie Dawida który szybko wyszedł z samochodu i przyszedł do nas
by nam pomóc. Kazałam mu jechać do domu bo my też jedziemy by opatrzyć mu te rany .
W samochodzie była apteczka ale prawie pusta. Zabiję ich
kiedyś. Jak nie trzeba to mają a jak trzeba to nie mają. Jaka w tym filozofia?!
*
Hej kochani oto kolejny rozdział zapraszam do czytania i komentowania .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz