Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 17 kwietnia 2016

49.…… trzeba iść na przód



POV Lilli
Rano gdy się obudziłam Jus nadal spał. Więc wstałam po cichu i zobaczyłam że mały jeszcze śpi. Wzięłam  czarną bokserkę ,koszulę w kratkę  na długi rękaw i leginsy czarne .Weszłam do łazienki wzięłam prysznic i ubrałam się w ubrania które przyszykowałam. Puźniej uczesałam się i pomalowałam . Gotowa wyszłam z łazienki i spojrzałam czy Milosz się nie obudziła.  Już nie spał więc wzięłam go na ręce i poszłam z nim do jego pokoju. Położyłam go na przewijaku rozebrałam , przebrałam pampersa   i założyłam suchego i czystego.  Puźniej założyłam mu body szare i skarpetki  wzięłam małego na ręce i wyszłam z nim na dół ale po drodze napotkałam jeszcze dwójkę moich dzieci więc zeszliśmy na dół małego włożyłam do wózka który był na dole. Nawet go nie przykrywałam bo nie chcę by było mu za ciepło. A w domu tak i tak jest ciepło. Dzieciakom zrobiłam  płatki i w tym momencie mały zaczął strasznie płakać. Czas na karmienie . Więc wyjęłam go z wózka usiadłam przy stole wyjęłam pierś i zaczęłam go karmić. W tym czasie na dół zszedł Scooter.  Tak spał u nas bo strasznie się zasiedzieliśmy .
-Hej jak  się spało?
-O hej a nawet dobrze. Ty już na nogach?
-Jak widać obowiązki wzywają.-na to zaśmiał się .
-Widać . Zrobić ci coś do picia?
-Jeśli możesz to cappuccino.
-Już się robi.  A jak Justin?
-Dobrze. W nocy się nie budził. Zobaczymy dziś jak wstanie.
-Jasne. Dam mu dwa tygodnie wolnego niech dojdzie do siebie. Po tym wszystkim. A ty? Jak się trzymasz?!
-Jest ciężko. Owszem. Ale … myślę że ta śmierć … to nie jest jakiś przypadek. Prawdopodobnie tak miało być. Wczoraj czytałam lisy które dostałam. Natrafiłam tam  na list od  niejakiej Amandy która miała taką samą sytuację.  I to był znak od boga że tak musiało być. Później znowu zaszła w ciąże  i …-opowiedziałam mu cała historię którą przeczytała wczoraj.  Był zszokowany moimi słowami i niedowierzał mi w to co mówię.
-Łał , ta kobieta ma rację nie można się poddawać  trzeba iść na przód.
-Stwierdziłam to samo.
-Mamo my juź zjedliśmy możemy iść się pźeblać?-pokiwałam głową na tak i dzieciaki poszły na górę. Za chwilę na dół zszedł Jus. Był smutny. Jezu on bardziej przeżywa to niż ja. Tak nie powinno być. Położyłam małego do wózka bo już się najadł i zasnął. Jus krzątał się po kuchnie nie wiedząc co ma zrobić do jedzenia i do picia. Wstałam podeszłam do niego i kazałam mu iść usiąść i że sama mu zrobię śniadanie. Ten posłusznie poszedł i u siadł koło małego i swojego menagera.
Zrobiłam mu herbatę  i kanapki z pomidorem ,mozzarellą i sałatą. Gotowe śniadanie podałam Jusowi który wpatrzył się w małego. Ja usiadłam jadłam i piłam . Gdy skończyliśmy jeść śniadanie do kuchni przyszła reszta chłopaków z dziećmi. Też robili sobie śniadanie . W tym czasie gdy chciałam coś powiedzieć  zadzwonił mój telefon. Był to Tata więc odebrałam szybko. I wyszłam na taras by mnie nikt nie słyszał.
(Lilli-L, Tata –T)
L-Hallo.
T-Córuś.. przykro mi . Przyjmijcie moje kondolencje.  Powiedz mi ja się czujesz ?
L-Dziękuje tato. Ja czuję się dobrze ale … gorzej z Jusem i dziećmi.  Wczoraj pociął się. Dzieciaki chodzą smutne bez życia. Nic ciekawego.
T-To dobrze.  Ale mam nadzieję że nic mu nie jest ?
L-Nie jest cały no oprócz jego nadgarstków .
T-Ważne że żyje. Skarbie mam  do ciebie małą prośbę?-jestem ciekawa jak  to prośba. Nigdy tata nie miał do mnie żadnej prośby.
L-Jaką tato?
T-Mógłbym  zadzwonić wieczorem i porozmawiać z Bellom i Tomkiem na Skaypie? Dawno ich nie wiedziałem nie rozmawiałem z nimi.  Tak samo z Maxem i mógłby też porozmawiać z Jusem jeśli chcesz. Wiem co to znaczy stracić dziecko.
L-Jasne tato . Czemu nie ,może to jest dobry pomysł, może będzie lepiej.
T-Oczywiście że będzie. Skarbie ja kończę zadzwonię wieczorem i w tedy porozmawiamy okej?
L-Jasne . To do usłyszenia.
T-No pa.
 Gdy się rozłączył weszłam do domu i poszłam do kuchni. Wszyscy siedzieli i nic nie robili. Byli bez życia.
-Wstawajcie. Nie będziecie siedzieć i nic nie robić.-Popatrzeli na mnie zdziwieni.
- Niby po co mamy wstać skoro tak i tak nic nie będziemy robić?
-Idźcie się przebrać w dresy i na dół  zaraz . Ale to już !!-wszyscy poszli grzecznie na górę i zaraz zeszli przebrani w strój do ćwiczeń.  Kazałam im wyjść na ogród bo będą ćwiczyć . Jeśli nic nie będą robić złapią jeszcze większego doła. Była 9:30 a o 12:00 jest pogrzeb. Zdążą poćwiczyć ,wykąpać się ,ubrać i pojechać na pogrzeb.
-I co mamy robić co? Stać ja strach na wróble?!
-Nie głuptasie będziecie ćwiczyć bo nie mogę patrzeć na was. Jesteście  prawie nie żywi .  Nie mogę patrzeć jak się męczycie, chcę wam oczyścić mózgi  i wywietrzyć was bo ciągle siedzicie w tym czterech ścianach. Wyglądacie gorzej niż ja . A to nie powinno być tak. Zamiast ja was to wy mnie powinniście stawiać do pionu. Załamaliście się bardziej niż ja. Nie ma czasu ruszać się.  Biegacie 10 kółek wokół  całej posiadłości. –zrobili wielkie oczy i zabrali się za bieganie. Scooter oczywiście siedział ze mną. Bella i Tomek też biegali ale nie wokół domu tylko  wariowali na placu zabaw. Powoli wracają do żywych.  
    Gdy skończyli biegać i robić różne rzeczy takie jak na siłowni . Poszli się wykąpać. Ja umyłam dzieciaki  i ubrałem małego w czarną koszulę u spodnie. Na  koszulę założyłam chciałam założyć mu jeszcze sweterek ale było ciepło więc stwierdzam że nie ale wezmę go ze sobą. Małą ubrałam w czarną sukienkę i włoski spięłam jej w warkocza i na samym końcu miał czarną kokardkę.  Ja wzięłam prysznic i ubrałam się . Do tego buty   ,

pomalowałam się trochę mocno  włosy rozczesałam i zostawiłam luźne. Gdy weszłam do sypialni Jus był ubrany w
i stał przy oknie smutny. Podeszłam do niego i przytuliłam się. Ten obrócił mnie do siebie przodem i przytulił. Puźniej oderwałam się od niego i popatrzałam  mu w oczy.
-Justin…przestań robić to co robisz. Proszę cię.-ten popatrzał na mnie.
-Ale mi to pomaga. Tobie też pomagało prawda?-kurwa nie wiedziałam że on to odwróci w moją stronę.
-Kiedyś pomagało teraz mnie to rani. Przez to prawie straciłam życie 4 razy. Proszę cię…nie chcę byś odszedł od nas.
-Nie odejdę , obiecuję.
-Chodźmy bo się spóźnimy. Aha i dziś będzie mój tato dzwonić na Skaypie i chce porozmawiać  z tobą, Maxem i dziećmi.
-Kazanie będzie?
-Przekonasz się wieczorem. A teraz chodźmy. –Wyszliśmy z pokoju Jus wziął dzieci i zapakował do samochodu ja zawołałam chłopaków  a oni akurat schodzili na dół.
-Trzymajcie kluczyki do samochodu. –wszyscy wyszli z domu ja zamknęłam drzwi na klucz weszłam do samochodu zapięłam pasy i Jus ruszył.
   Na miejscu byliśmy po niecałych 30 minutach jazdy samochodem. Bylibyśmy szybciej ale musieliśmy się wrócić po coś. Pierw było ostatnie pożegnanie. Poszli wszyscy nawet Jus .  Jest mi źle  z tego powodu że to on cierpi bardziej niż ja.  Ale Lucas zapewne by tego nie chciał. Chciałby byśmy byli szczęśliwi. Puźniej była msza w kościele i było mnóstwo ludzi niektórych znałam a niektórych nie . Zygi jeszcze nie było .Podczas mszy cały czas płakałam i Justin. Gdy msza dobiegła końca wszyscy poszliśmy na cmentarz . Jak wchodziliśmy zauważyłam wiele ludzi z mojego gangu nawet Zyga i Dominic tam byli. Podeszliśmy  do nich i się przywitaliśmy. O dziwo nawet Justin  co zawsze  zarzynał ich z daleka. Morze i ta śmierć miała ich ze sobą pogodzić? Jeśli tak… to dobrze.
   Gdy trumna małego  była pochowana i zasypana piachem wszyscy położyli tak wieńce i kwiaty. Było ich mnóstwo że się na nim nie mieściły.  Gdy wszystko dobiegło końca zabieraliśmy się do domu.
-Justin ..choć czekają na nas.-zwróciłam się do niego. On dalej stał i płakał jakby stracił własną matkę. Obrócił się w moją stronę i odpowiedział mi.
-Idź do samochodu zaraz przyjdę . –pocałowałam go ,otarłam jego łzy i poszłam do samochodu. Po drodze natrafiłam jeszcze na Zygę i Dominica.
-Hej. Przyjmij nasze kondolencje z powodu straty dziecka.
-Dziękuje. Zapraszam was na obiad.
-Nie, nie będziemy wam przeszkadzać. My nie jesteśmy rodziną więc nie powinniśmy.
-Przestańcie . Za godzinę u nas w domu. Jeśli chcecie możecie przyjechać nawet teraz z nami swoim samochodem.-popatrzeli się na siebie i zastanawiali chwilę. Po namyśle odpowiedzieli.
-Skoro tak to pewnie. A… jak sobie radzicie ze stratą? Zapewne jest wam ciężko?!
-Owszem jest ciężko ..ale jakoś sobie radzimy. No oprócz Justina on to przeżywa bardziej niż ja. Nawet się zdziwiłam jak normalnie się z wami przywitał.
-Ja też się zdziwiłem na to. Nawet stwierdziłem że on coś wziął ale nic.
-Nawet tak kurwa nie mów że on coś wziął. Bo jeśli tak … to będzie mi ciężko by on rzucił to świństwo po raz kolejny.
-Przepraszam.
 -Nic się nie stało ale więcej tak nie mów.-Staliśmy trak jeszcze chwilę a Jus dalej  nie wracał.
- Kurwa  nie no ja idę do niego bo nie wiem co on może sobie zrobić. –oni popatrzeli na mnie zdziwieni.
-Idziemy z tobą , jak co to pomożemy.-więc powiedziałam Dawidowi że idziemy po Jusa bo już dłuższy czas nie wraca. Gdy szliśmy na miejsce pochówku  . Gdy tam dotarliśmy nie mogłam uwierzyć  w to co tam zobaczyłam. Jus leżał na ziemi a w ręku trzymał żyletkę. Był przytomny wiedział co się dzieje. Widział  mnie i chłopaków. Nie mogłam uwierzyć że on zrobił to po raz kolejny. Wzięłam jego nadgarstki które były pocięte . Na szczęście nie trzeba jechać do szpitala. Chłopaki  pomogli mu wstać  i  poszliśmy z nim do samochodu chłopaków bo nie chcemy  by dzieci widziały go w takim stanie.  Gdy dotarliśmy  widziałam  zmartwienie Dawida który szybko wyszedł z samochodu i przyszedł do nas by nam pomóc. Kazałam mu jechać do domu bo my też jedziemy  by opatrzyć mu te rany .
W samochodzie była apteczka ale prawie pusta. Zabiję ich kiedyś. Jak nie trzeba to mają a jak trzeba to nie mają. Jaka w tym filozofia?!

                                                                               
Hej kochani oto kolejny rozdział zapraszam do czytania i komentowania .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz